Ciekawe i dziwne opowieści z życia heteroseksualnych Polaków. Poznaj ich zwyczaje godowe, problemy oraz zabawne historyjki!
RSS
czwartek, 03 lutego 2011
Heteroseksualiści singlujący
Dzisiaj roztrząsamy ważki problem heteroseksualistów: singlowanie z i bez odzysku. 

Czuję się wyjątkowo bliski heteroseksualistom singlującym, ponieważ takowy heteroseksualista nie posiada partnera/partnerki płci odmiennej. Czyli zupełnie jak ja. Wspólnota naszych osobowości pozwala mi na jeszcze dogłębniejsze badania, niż zazwyczaj. Rozpocznijmy od fomicy, która zastanawia się, czy istnieje coś takiego jak single z wyboru:
Zastanawiam się czy istnieje coś takiego jak single z wyboru. Dla mnie "z wyboru" oznacza: osoba ma doświadczenie w dobrym, udanym związku oraz w dobrym, spokojnym życiu w pojedynkę. I decyduje na chłodno że związek, jakkolwiek dobry by nie był to "nie dla niej", po prostu woli być sam/sama, a obecność pałętającej się po mieszkaniu drugiej osoby przeszkadza i już. Przyznam że nie znam takiej osoby. Ci którzy są singlami są nimi z reguły dlatego że brak czasu, brak szczęścia, nie spotkali odpowiedniego partnera, sparzyli się w poprzednim związku i już nie chcą próbować. A mieć do wyboru bycie samemu lub życie w związku nieudanym, byle jakim, to co to za wybór? Raczej konieczność. Znacie kogoś kto dobrowolnie zrezygnował z udanego związku i teraz jest "singlem z wyboru"?
Odnoszę wrażenie, że fomica popełnia pewien błąd formalny w zastosowanej logice. Otóż jednym z probierzy udanego związku jest to, że ów nadal trwa. Rezygnowanie z NAPRAWDĘ udanego związku celem bycia singlem byłoby jakąś dziwną odmianą masochizmu i takich osób rzeczywiście chyba nie ma, z wyjątkiem rzecz jasna pacjentów zakładów zamkniętych. Singlem z wyboru, moim zdaniem, jest osoba, która jak najbardziej: ma doświadczenie w dobrym, udanym związku AŻ SIĘ NIE ROZPADŁ oraz w dobrym, spokojnym życiu w pojedynkę i wybiera to drugie, bo obecność pałętającej się po mieszkaniu drugiej osoby przeszkadza i już. I takie osoby znam jak najbardziej. 

Fomica kontynuuje, zachęcona powodzeniem publikacji pierwszego posta -- nic nie popsuła i forum dalej działa i nawet ktoś odpisuje:
Zainspirowała mnie często spotykana deklaracja ze strony singli, że same sa najszczęśliwsze, partner czy jego brak w ich zyciu nic nie znaczy, same najlepiej sie realizują, sa wolne, robią co chcą itd itp. A jednocześnie gdyby się nadarzyła okazja, gdyby ten jedyny gdzies się pojawił to porzuciłyby swoją wolność i niezawisłość i weszły w związek bez mrugnięcia okiem, a stan singlostwa jest tylko przejściowy, jest stanem oczekiwania na związek... Tak czy nie?
Nie. Jak zwykle się heteroseksualistom zdarza, fomica myli dwa pojęcia: singla i osoby samotnej. Singiel jest osobą opisaną w pierwszym akapicie. Osoba samotna opisana jest w drugim akapicie. Singlem jest osoba, której w stanie singlowania DOBRZE. Osobą samotną jest taka, której jest ŹLE. Przy czym z uwagi na to, że singlom nie wydaje się legitymacji, nie pobiera składek, nie tatuuje numeru na nadgarstku i nie zakłada kolczyka w nosie, te dwa stany nie są przydzielone na całe życie i czasami można zmieniać zdanie i dryfować z jednego w drugi. Co więcej, można być singlem przez 10 lat, a potem się z kimś związać. Rozumiem, że dla wielu heteroseksualistów jest to zbyt skomplikowane, ale po to właśnie są sławni badacze tacy, jak ja, którzy poszerzają naszą wiedzę o zjawisku heteroseksualizmu.
Wynika z tego, że nie znam ani jednej osoby, która była w szczęsliwym związku i dobrowolnie z niego zrezygnowała na rzecz samotności, a znam pare osób które były szczęśliwymi singlami, zarzekały się na wszystko jakie sa spełnione, ale gdy pojawił się na horyzoncie ktos ciekawy to zrezygnowały z tej swojej niezależności bez wielkiego żalu. Z tego wyłania się wniosek, że to jednak bycie w związku jest tym bardziej pożądanym stanem, z którego trudniej zrezygnować, tym stanem do którego się dąży. Zastanawiam się czy tak rzeczywiście jest.
Nie, z tego wyłania się wniosek, że Fomica nie potrafi zastosować pewnych zasad logicznego myślenia. 

Dla ułatwienia wyobraźmy sobie, że zmiana stanu z "single" na "double" lub odwrotnie NIE jest zmianą z "dobry związek" na "dobre singielstwo" i odwrotnie, tylko chęcią polepszenia stanu aktualnego. Dlatego nie wychodzimy z dobrego związku, żeby być sami i smutni i tęsknić za ukochaną osobą, tak samo, jak będąc młodą singielką nie wiążemy się z pierwszym lepszym byle kim, żeby tylko nie być w samotności. Wychodzimy ze związku, który nas ogranicza, żeby pozbyć się ograniczeń, albo wchodzimy w związek, aby zyskać to, co druga osoba może wnieść do naszego dotychczas szczęśliwego życia singla. Capisce? 

lonely.stoner słusznie prawi:
niektorzy ludzie sa po prostu stworzeni do tego zeby nie byc w zwiazku. Nawet jakby byl najcudowniejszy najlepszy na swiecie. Bycie w zwiazku to sa zoobowiazania wobec partnera (Zawsze jakies), ograniczenie wolnosci i wlasnego ego- nie kazdy jest do tego stworzony zeby bylo mu z tym dobrze, podobnie jak nie kazdy marzy o dziecku.
I dobrze. Czy ja mogę już? Czy ja mogę już przyznać się, że tak naprawdę to o inny wątek mi chodziło? 

inahelma o singlach z odzysku, czyli facetach po rozwodzie:
Mówi się powszechnie, ze sądy są sfeminizowane, że ojcom strasznie trudno uzyskać prawa do opieki, zę są dyskryminowani. Tylko z tego co obserwuję przy okazji lokalnej mody na rozwody w mojej okolicy, naprawdę promil się o to stara. Facet wychodzi z całej sprawy ze zresetowanym życiorysem, trochę uboższy i WOLNY. Znowu ma imprezowy status studenta, tylko z kasą. Cały bałagan organizacyjny zostaje przy żonie, dzieci ma ONA. Facet - tak na 1/4 gwizdka, tak teoretycznie i "uczuciowo". Jemu zwykle szybko "rośnie" nowa laska (tym razem najczęściej bez formalizacji), szanse "rozwódki z dziećmi" na ułożenie sobie nowego życia osobistego są dużo mniejsze. Ale do cholery - ci "z odzysku" też mają dzieci!!!! Tylko prawodawstwo zdejmuje z nich praktycznie całe obciążenia natury praktycznej i organizacyjnej. Alimenty rzadko to rekompensują. Uważam to za rzecz cholernie nie fair, a jest to niby takie oczywiste w powszechnym odbiorze. I tak naprawdę rozwodogenne (facet może się "znudzić" rodziną - oczywiście oficjalnie żoną i pragnąć rozpoczęcia nowego życia, kobieta myśli raczej o obciążeniach i utrudnieniach...) Singiel z odzysku jest cennym towarem na "rynku", kobieta ma przerąbane.
Droga inahelmo, obawiam się, że post inahelmy da się streścić do słów "czemu świat jest nie fair". 

Są takie dwa zjawiska, które się trochę jakby wykluczają. Pierwszym z nich jest jak najbardziej realnie istniejąca niechęć kobiet do dzielenia się opieką nad dziećmi po rozwodzie pół na pół i tendencja do ograniczania praw ojca i ilości spotkań. Drugim z nich jest to, że kobieta jakiś rok po rozwodzie dojrzewa do tego, żeby się zacząć z kimś spotykać, po czym dokonuje odkrycia, że właściwie to nie ma kiedy, bo ma bez przerwy dzieci na głowie i w związku z tym ma "przerąbane". 

inahelma:
Wybrakowany czy nie, głupi czy cyniczny - moim zdaniem nie powinien zostać zresetowany i zwolniony z pewnych rzeczy z definicji ;) Chodzi mi o samo podejście do obowiązków rodzinnych.
babunia_wygodka odpowiada:
To niech go kobiety nie zwalniają. Standardem jest "Dzieci muszą być przy mnie bo ten niezdara nie umie im dobrze ugotować kaszki. Jak będzie płacił to raz na dwa tygodnie może je zobaczyć na dwie godziny." A jak próbuje się kontaktować częściej to się rzuca pozwem że nęka. Ale wara mu od układania sobie życia na nowo - skoro jajakomatkasamotna jestem zaniedbana i nie mam czasu (na własne życzenie zresztą) to on też powinien.
To trochę tak jest, że jeśli się w życiu kierujemy socjobiologią, to w pewnym momencie odkrywamy, że niespecjalnie nam pasują stereotypy narzucone przez ową "naukę". Jeśli w związku robimy za samobieżny robot kuchenno-sprzątający z nakładką do robienia laski, a po rozstaniu domagamy się 100% opieki nad dziećmi i żeby TEN POTFUR się trzymał z daleka i tylko przelewy robił co miesiąc, to chyba nie mamy za bardzo prawa się dziwić, że jesteśmy zaniedbane i nie mamy czasu. 

araceli zauważa:
Żeby otrzymać prawa do opieki trzeba o nie wnieść podczas rozwodu. 90-95% ojców tego nie robi a potem jest jęczenie jacy to oni biedni, że sądy 'sfeminizowanie' itp. Żałosne!
A 90-95% matek wnosi? Widzę tu albo jakieś dziwne sprzysiężenie adwokatów nienawidzących ojców, albo też rzeczywiście 90-95% heteroseksualnych mężczyzn to samobieżne penisy kompletnie niezainteresowane tym, jak działa prawo podczas rozwodu, który zdawałoby się powinien być nadzwyczaj motywującym do poszerzania wiedzy prawniczej wydarzeniem w życiu dorosłego człowieka. 

araceli polemizuje też z babunią_wygódką:
> A ilu z nich tego nie robi bo tak ustalili z żoną? Ilu z nich ustaliło tak z żo 
> ną bo ta żona ich nauczyła tego, że się nie nadają do opieki?

Koncepcja biednych misiów? A może najzwyczajniej w świecie wygodnie im było zwalić nudną opiekę nad dzieckiem na żonę i teraz ponoszą tego konsekwencje?
Ja tu jednak nie potrafię wskazać palcem na jedną stronę i powiedzieć "to jej/jego wina". No, koncepcja biednych misiów trochę tak, nie da się ukryć. Trochę też żona sobie takiego misia do serca przytuliła, wybrała i jedynym nazwała w kościele czy innym USC. I jeśli nie zauważyła wcześniej, że poślubia biednego misia, to o jej umysłowości również nie świadczy nadzwyczaj dobrze. 

uwolnic_cyce:
Kobieta będzie ponosić konsekwencje wyboru niewychowanego misia. Resocjalizować takich misiów się nie da - oni powinni zostać z mamami. Mamy ich wychowały to niech się z nimi męczą. Baby, zbierzcie się do kupy i przestańcie takim dawać.
Ha! Od 2008 roku ciągle to samo powtarzam! Może się zakorzeni wreszcie. 

ledzeppelin3 popełnia błąd formalny za błędem formalnym:
Nauczyć to moża mama trzylatka trzymać poprawnie widelec, a dorosły pan ma chyba mózg i rozumuje? Nie przeceniałabym wszechmocnej roli Żony-Jako-Nauczyciela Zasad
Ale właśnie o tym mowa, że żona NIE POWINNA być Nauczycielem Zasad. I ten kij też ma dwa końce -- nie powinno być ani tak, że żona wierzy, że "po ślubie on się zmieni", ani, że żonie wciskają kit, że "wszyscy są tacy przed ślubem, a to ty musisz go zmienić".
Zawsze słyszę, jak to te młode matki odsuwają panów od opieki, bo niby że pan poprawnie pieluchy nie założy. A ile panów, słysząc w nocy płacz dziecka, leci pierwszych do łóżeczka, obmyć wielką przelewającą się kupe i zmienić pościel, mówiąc do żony "pośpij złotko?"
Cóż, nie mogę się oprzeć konstatacji, że jeśli żona słysząc to odwraca się na drugi bok i chrapie radośnie, to zapewne panowie częściej wykazują taką inicjatywę, niż jeśli żona wyskakuje z łóżka, wrzeszcząc "Jasiek! Czyś ty oszalał? Przecież ty nie umiesz tego robić!!!"
Ilu, nawet mając Żony Idealne, uważające że wszystko robią najlepiej (fakt, masę jest takich), WALCZY o niewyeliminowanie ich z codziennych obowiązków przy dziecku? Mimo wszystko większość panów na tekst żony "ja to lepiej zrobię" z przyjemnością ewakuuje się przed komputer.
A czemu by nie mieli się ewakuować? Naprawdę, wycieranie przelewającej się kupy NIE jest najwybitniejszą zmysłową przyjemnością, jaką można sobie wyobrazić. Jeśli żona twierdzi, że to lepiej zrobi, to przecież kochający mąż nie może się sprzeciwić najmądrzejszej z najpiękniejszych. Byłoby to oznaką chamstwa i drobnomieszczaństwa.

adellante12:
[...] Dziecko jest najlepsza karta przetargową w rozwodzie. Zdziczenie zwyczajów poprzez wynaturzenie pojecia równouprawnienia doprowadziło do tego że dziecko jest sposobem na ustanowienie sobie stałych dochodów dla mamusi...
Że hę? Że feministki wygenerowały polskie prawo rozwodowe celem ustanowienia stałych dochodów dla mamusi w imię wynaturzonego pojęcia równouprawnienia?
Zobacz jak częste jest podejście : " Ja i mój nowy wspaniały partner zajmujemy się moim dzieckiem" i jest Ok ale w drugą stronę jest " Nie pozwolę by ten cham i prostak z ta swoją nową zdzirą i szmatą miał zabrać dziecko do kina!!"
I to jest wina wynaturzonego pojęcia równouprawnienia?
Za dużo niedojrzałych smarkaczy ma dzieci, taka gównazeria która przez całe zycie była pod kloszem mamusi i tatusia a teraz oczekują ze taki sam klosz zapewni małżonek bez wzgledu oczywiscie na ilość obowiazków... No bo jak... Sprawiedliwość musi być bo mi się nalezy pomoc w moich obowiazkach.... Kiedyś po trzecim dziecku z czwartym partnerem i po siódmym rozwodzie może dojrzeją.. A moze nie... ale przyroda sama się oczyszcza, wiec nie ma sie co nimi przejmowac.
Oj, trzeba się przejmować adellante12, trzeba. Skądś się w końcu młodzi wyborcy PiS biorą. 

Ale my tu gadu gadu o polityce, a ihanelma się precyzuje:
Oczywiście nie każdy tatuś jest wyrodny, ale zwykle tak jest, że mężczyźni rozwodzą się też z dziećmi. Tzn płacą (często o wiele za mało w stosunku do możliwości), spotykają się od czasu do czasu, ale u nich to nowe życie to rzeczywiście jest nowy etap, nowe otwarcie. Mają te dzieci, ale przez szybkę i bez specjalnych konsekwencji. Pewnie, że czasem jest lepiej, jeśli eks znika po prostu z horyzontu, ale mam właśnie "na widoku" dwie świeże rozwódki - one przywalone sprawami rodziny, faceci fruwający na zasadzie podstarzałego amorka z szerokim uśmiechem, zwolnieni od całej prozy i uważający, ze są OK, bo coś-tam zapłacą, bo sąd kazał, ale generalnie z poczuciem wielkiego ufff, mam to z głowy, ale jednak mam dzieci i jestem w sumie dobrym ojcem, bo z nimi utrzymuję regularne kontakty i czasem coś kupię...
No ale momentinho. Albo ja czegoś nie rozumiem, albo też wyrok sądu jest, jaki jest, bo oboje rozwodzący się na ten wyrok zgodzili.

Być może moja znajomość kwestii rozwodowych jest niska (szczerze mówiąc jest zerowa), ale nie wydaje mi się, żeby to było tak, że para wchodzi do sądu, sędzina patrzy na nich groźnie, w ciągu 20 sekund decyduje "pani weźmie dziecko, pan będzie płacić 800 zł miesięcznie", mąż dostaje histerii, gdyż kocha Józia i chce się nim zajmować, żona dostaje histerii, gdyż nienawidzi pieniędzy i chce mieć dużo wolnego czasu, po czym sędzina wzrusza ramionami i mówi do woźnego "proszę toto usunąć, bo mi się mleko w kawie zwarzy". Jeśli przy rozwodzie żona i mąż się zgadzają na pewien układ, to jeśli potem tatuś ten układ wypełnia zgodnie z wymaganiami mamusi, to nie ma się co dziwić, że uważa, że dobrze robi... 

bi_scotti pyta:
A to nie jest tak, ze w takiej sytuacji, w cywilizowanym kraju, decyzje o tym, co bedzie najlepsze dla dziecka lepiej zeby podjely bezstronne, obiektywne osoby np. sedzia rodzinny? Dziecko to nie parasol czy ksiazka z biblioteki - trudno rozmawiac w kategoriach "dawania" badz "oddawania".
araceli odpowiada:
Przecież podejmuje. Podejmuje decyzję na podstawie tego, z kim jest dziecko bardziej związane, kto sprawuje nad nim częściej opiekę etc. A że codzienna opieka panów nad potomstwem jest jaka jest to później niech nie dziwią się efektowi.
Im bardziej to czytam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że aż dziwne, że singli z wyboru -- o których pisała fomica -- jest wśród heteroseksualistów mniej niż połowa. I że w ogóle jeszcze ktokolwiek chce brać ślub.

hexella:
myślę, że wciąż jednak żyjemy według tradycyjnych schematów i choćbyśmy byli nie wiem jak wyzwoleni, to nie jest łatwo z nimi zerwać. Nikogo specjalnie nie zaskakuje, że facet odwiedza swoje dzieciaki 2-3 razy w tygodniu i jeśli robi to systematycznie, to już zasługuje na miano dobrego ojca. Ale wyobraźmy sobie, że kobieta mówi swoim znajomym, że dzieciaki na stałe mieszkają u ojca, a ona spędza z nimi 3 popołudnia w tygodniu... no przecież zgroza! A dlaczego? Bo przecież MATKA TO ZAWSZE MATKA cokolwiek miałoby to znaczyć :)
Ciężko się nie zgodzić. Ale, znowu, nikt nas tak do końca nie zmusza do życia według tradycyjnych schematów. Owszem, po części polskie prawo, krzyże w Sejmie i urzędach, sądy, które z automatu przyznają prawa matce niezależnie od tego, czy ona o nie występuje czy też nie. Ale prawo, sądy i krzyże nie mają wpływu na to, czy tatuś zmienia pieluchy niemowlakowi co drugą noc, prawda?
Ostatnio omawiając warunki ewentualnego rozwodu mój chłop powiedział, że nie wyobraża sobie nie widywać dzieciaków codziennie i zaproponował opiekę naprzemienną. Kazałam mu się puknąć w łeb, bo przeciez jak to, dzieciaki muszą być ze mną. ZAdziałałam automatycznie, grzecznie według schematu "matka to matka", bez głębszej reflekcji. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że na własne życzenie, dobrowolnie chcę sobie zrobić kuku.
Ewentualnego rozwodu? Pary hetero siadają sobie co jakiś czas przy kawce i ciasteczku i rozmawiają na temat ewentualnego rozwodu tak na wypadek gdyby poczuły taką potrzebę? 

Na koniec smutna historia autorstwa altza:
Rozwód 
Zaproponowałem, że dzieci zostaną u mnie, a matka będzie mogła zabierać je do siebie do woli, będzie mogła też przychodzić, kiedy będzie chciała. W zasadzie dla niej dobre rozwiązanie, bo ja jestem nerwowy, coś palnę, ale uczciwy jestem jak najbardziej. Proponowałem, że nie chcę alimentów i nie obchodzi mnie, jak będzie zamierzała mieszkać z dziećmi, nie stawiam warunków. - To jest nie do przyjęcia, powiedziała matka. Zapytałem, jakie są możliwości, żeby jedna córka mieszkała ze mną, a druga z nią. Zostały postawione warunki, które rosły. Najśmieszniejszy był ten, że się musi u mnie matce podobać. Załamałem się psychicznie, chciałem popełnić samobójstwo. Wyjechałem, żeby jakoś odsapnąć. Brałem leki. Trochę przeszło, ale dzieci straciłem. [...] 
Kontakt żaden, dziecko starsze tęskni, nie chce rozmawiać przez telefon, młodszego już przestaję pamiętać. Skończyło się tak, że żona potraktowała dzieci jak własność, stosowała podłe kłamstwa na rozwodzie, byle wygrać dzieci. Dostała tę własność, teraz żadnego porozumienia, dzieci zostały bez ojca i będą bez ojca już na zawsze, my nie rozmawiamy ze sobą i raczej już nie będziemy po jej numerach. [...] 
Co powiedziała żona? Że ją oszukałem, bo będę miał ekstra życie bez zobowiązań! A ja się zastanawiam, jak się pozbierać. Straciłem dom, dzieci, pracę z powodu depresji i zdrowie. Alimenty płacę, jak się umówiliśmy. Chodzę wystraszony i kombinuję, żeby płacić dalej, ciężko.
Wy sobie przemyślcie swoje postępowanie, heteroseksualiści, i przestańcie się zachowywać jak żywe stereotypy, bo mi przez was zupełnie nieśmieszne notki wychodzą. :(
12:49, navaira
Link Komentarze (35) »